Uwaga, długie czytanie: rzecz o solidarności przez małe s w polskich tekstach rockowych.

NIEZBYT SOLIDARNE TEKSTY

Miesięcznik „Lampa”, chyba czerwiec 2011.

W pozornie bezklasowym PRL-u, nieustającą wzajemną niechęć żywiły dwie warstwy społeczne: inteligencja i robotnicy. Wrogość tę podsycał sam aparat władzy i przełamać ją udało się dopiero pierwszej „Solidarności”; w Gdańsku w roku 1980 obie sfery zjednoczyły się wobec wspólnego przeciwnika. I być może to jakiś trójmiejski genius loci, cokolwiek by to mogło znaczyć, a może coś jest w wodzie pitnej płynącej z tamtejszych kranów; niemniej obserwując twórczość rockmenów dorastających w czasach tej pełzającej zimnej wojny domowej, można zauważyć pewną zdumiewającą prawidłowość. Jeżeli bowiem kapele z Gdańska i okolic śpiewają piosenki opowiadające o ludziach mieszkających „na marginesie życia”, czy będzie to pijak, blond tipsiara, czy ktoś niespełna rozumu, nie wywyższają się ponad swoich bohaterów; jeżeli zaś za ten sam temat zabierają się wykonawcy z polskiego interioru, to (z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami) czynią to z nieodłącznym tonem pogardy wobec ubogich duchem.

 

„Gwiazdy ze stolycy…”

O twórczości Kazika Staszewskiego, „pieśniarza Warszawy”, można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest oszczędna w słowach, i to zarówno w sensie ilościowym, jak i jakościowym.  Dzieło tego artysty znając dość fragmentarycznie, nie mam ani potrzeby, ani, na szczęście, obowiązku tej znajomości poszerzać. Już jeden z pierwszych hitów Kultu z połowy lat 80., Polska, zdobił dwuwiersz: zaczepia mnie pijanych meneli wielu/jutro spotkają się w kościele. Abstrahując od tego, że jak przytomnie zwrócił uwagę Robert Tekieli menele nie chodzą do kościoła, zwróćmy uwagę na opozycję, w jakiej ustawia się bohater piosenki: on jest sam, ich jest wielu; oni są agresorami, on ofiarą; oni są urżnięci, on trzeźwiutki (bo odwiedza nocne sklepy z mlekiem …), i w dodatku, jak dowiadujemy się z innej piosenki, kroki kieruje nie do tego kościoła co oni, a do innego, całkiem niekatolickiego.  

Kilka lat później, w roku 1992, Staszewski pisze piosenkę 100000000 („Sto milionów”), w której próbuje oglądu rzeczywistości z punktu widzenia lumpenproletariusza. Czyżby Kazik rozwijał w sobie empatię? A skąd – wejście w skórę faceta wykrzykującego słynne Wałęsa, dawaj moje sto milionów to tylko chwyt stylistyczny służący lepszemu wyartykułowaniu poglądów artysty na istnienie warstwy bezradnych/nieudolnych (niepotrzebne skreślić) ofiar transformacji: Na śniadanie zjadłem to co zwykle/jak zwykle się nie umyłem.

 

Prawdziwa małość

W tym samym 1992 roku inny Kazik, a mianowicie torunianin Atrakcyjny Kazimierz (czyli Jacek Bryndal) nagrywa płytę Prawdziwa miłość. Jest to album po brzegi wypełniony przebojowymi piosenkami, których teksty wyszły spod pióra brata lidera, Rafała – dziś znanego dziennikarza i podobno nawet satyryka. Jedyny utwór niepasujący do tematu przewodniego płyty to Stanisław Gołąb, portret robola-alkoholika malowany z takim stężeniem jadu, że właściwsze byłoby tu słowo „paszkwil”. Gołąb jedyny sukces miał w podstawówce:  to, że skończona, i teraz robi łopatą jak jego tato, ucieczki szukając w piciu – o, przepraszam, Bryndal do innych rejestrów sięga, bohater piosenki chce się nie napić, a nachlać, no i jest podle gruby zamiast po prostu gruby (na marginesie: narrator ówczesnych tekstów Bryndala ma w ogóle jakiś problem z nadwagą u innych osób; cała piosenka Otyłość mówi o tym, że przez Twą otyłość gaśnie nasza miłość). Jak przystało na pełnego pretensji do wszystkich wkoło człowieka małego ducha, Gołąb jest też antysemitą – Żydów nie lubił z Legii Warszawa. Naprawdę, trudno się oprzeć wrażeniu, że to jakaś socrealistyczna nagonka z wszystkich stron na wrażego bumelanta, z lekka tylko przefarbowana zgodnie z wymogami nowych czasów.

 

Bez prawa do bycia idiotą

Bohaterowie (a raczej antybohaterowie) Staszewskiego i Bryndala byli zdecydowanie kimś z innej półki niż autorzy, wykonawcy i odbiorcy ich piosenek: byli w innym wieku i mieli inne doświadczenia życiowe. Warszawski zespół Dezerter, zawsze chętny do bicia się w cudze piersi, już w 1985 roku uznał za stosowne skierować oskarżycielski palec w stronę swoich rówieśników. Krzysztof Grabowski, autor tekstu Polska złota młodzież, nie mierzy się jednak z pojedynczym człowiekiem, a z bohaterem zbiorowym, wobec którego podobnie jak Bryndal tylko piętrzy inwektywy. Ta żywa masa jest tępa i obłudna, jej pasje to łatwa muzyka i debilne słowa, jak również wódka, kurewki, dyskoteka i, co zaskakujące u tych tępaków, szkoła. Ich życie jest bez sensu i celu, więc nie dziwota, że polska złota młodzież, która jest niczym, wykończy się sama – ale kiedy miałoby to nastąpić, o tym już Grabowski zagadkowo milczy.

 

Pod saturatorem jedyny sprawiedliwy

W sytuacji, w której wylewanie pomyj zostało ustanowione przez Kult i Dezertera normą, zawołanie Piotra Klatta i Róż Europy stańcie przed lustrami należy bez żadnej ironii uznać za akt odwagi. Klatt usiłuje przypomnieć słuchaczom, że studenci uniwersytetów i robotnicy Huty Warszawa mają taką samą godność, a brzydkie dziewczyny spod saturatora warte są góry złota. Popada on niestety w czczą deklaratywność, nie tłumaczy oczadziałej publiczności dlaczego tak właściwie jest, ale i tak, mimo tych niedomówień, należy docenić ten głos jedynego sprawiedliwego w Warszawie lat 80.

 

„…cynicy z Wybrzeża”

Czy w Gdańsku są inne dyskoteki niż w Warszawie? Nie sądzę. Nie podejrzewam także, że bywalcy tych przybytków w jednym i drugim mieście mieliby się jakoś dramatycznie różnić. Jak się jednak okazuje, można w temacie „komercja, moda, pieniądze, zawiść, wódka, kurewki” napisać coś zupełnie innego niż Dezerter. Utwór zespołu Bielizna, autochtonów gdańskiej dzielnicy Wrzeszcz, pt. Mariola idzie na dysk ma formę rozmowy tytułowej bohaterki z matką, która nie chce jej na ten dysk puścić. Dla Marioli dysk to sprawa najważniejsza, centrum wydarzeń: włoży różową bluzkę, pokaże nogę, spoci się i zrobi wrażenie na emerycie w Mercedesie, co zapewni jej darmowe jedzenie i drinki. Matka za to mówi tylko: córko, ja też kiedyś miałam siedemnaście lat i od tyłu czułam wiatr, powtarza to w kółko i pewnie w końcu puści Mariolę na ten dysk. W oparach melancholii zamyka się koło rodzinne; niby to samo, co Stanisław Gołąb, który robił łopatą jak jego tato w piosence Atrakcyjnego Kazimierza, a jednak zupełnie inaczej.

 

Inny świat

Tenże Stanisław Gołąb, kiedy już się nachlał, to w innym świecie tkwił nieprzytomnie. Innego świata wygląda też tytułowy bohater autentycznie wzruszającej piosenki Bielizny Władek przechodzi w piąty wymiar. Kim jest Władek, dowiadujemy się już w pierwszym wersie: Władek pije nocą na balkonie. Jednak swój mętny wzrok kieruje on do gwiazd – tęskno mu tam, do lepszego świata, bo w życiu zawsze cięgi brał. Ten amator nocnego picia rozumie mowę gwiazd, i teraz Władek zrobił przyrząd na tokarce/będzie sygnał w kosmos słał.

W tym momencie spauzujmy płytę Bielizny Pani Jola i przejdźmy na, pardon, dysk Dni wiatru sopockiego zespołu Ścianka. Z całym szacunkiem dla dwóch pierwszych utworów, wciśnijmy od razu trójkę. To Piotrek. Autentyczny monolog człowieka, który mieszkał w pobliżu ówczesnego studia nagraniowego Macieja Cieślaka, i który odbierał rzeczywistość w przejawach raczej pomijanych przez większość obywateli: Chropowatości chodnika oczyszczone z piasku do ostatniego ziarenka. Kiedy stawiasz stopę, przez podeszwę czujesz zagłębienia w betonie (…) z okien widać całą ulicę, szperacze liżą ziemię w dzień i w nocy, trzeba iść spokojnie. Piotrek obawia się, że może ktoś czekać z telegramem, że zabierają mi mieszkanie, bo podobno gdzieś wyjeżdżam i dlatego szykuje się do wyprawy w kosmos: Zbieram do puszki śrubki i sprężynki od długopisów. Mam też szklaną kulkę ze świderkiem w środku i rolkę czarnego papieru. Z tego powstanie mój pojazd – pojazd w końcu rusza, a dzieje się to przy akompaniamencie ambientowego, gitarowego bluesa. Zamiast śmiać się z miejscowego głupka, bez ironii i dystansu przyjmujemy jego perspektywę zdarzeń: Startuję! Jestem pilotem nocy na stalowych skrzydłach po granice miasta. Jestem czarną kroplą wpadającą w głąb. Jestem wstęgą Ozyrysa. Jestem czarnym księżycem, jego niewidoczną stroną. Sam zasiadam do stołu w pustych salach z okienkiem na końcu nigdy nieprzebytej drogi…

 

Nowy świat

Bogatsi i silniejsi o to doświadczenie, możemy wrócić na balkon do Władka. Nie jest oczywiście dla nas niespodzianką, że Władek umarł wczoraj na balkonie, bo odebrał sygnał z piątego wymiaru i teraz będzie przez tysiąc lat spał w ciepłym blasku Mlecznej Drogi.

Przestaje nas też oburzać już zła energia rozsiewana przez Bryndala – ona ginie, rozpływa się, jest czarną kroplą wpadającą w głąb. Stolica też już odmieniona – pieśniarzem Warszawy już nie jest ślepy z nienawiści Kazik, a młodszy od niego o kilkanaście lat Pablopavo, który szuka melodramatu w prostych historiach prostych ludzi. Ale o tym już mieliśmy okazję czytać na łamach”Lampy” nieraz.

Dariusz DUDZIŃSKI

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s