Om „Advaitic Songs”, 2012

AdvaiticSongsOM

Watą i wodą, albo pochwała czystego umysłu

 

Nowej płyty zespołu Om można słuchać na dwa sposoby: albo mając w pamięci całą historię i twórczy rozwój kapeli, albo na świeżo, bez zaprzątania sobie nimi głów. Od razu mówię, że ten drugi sposób przynosi więcej korzyści, dlaczego – zaraz wyjaśnię. Dawno temu, w odległej galaktyce istniał zespół Sleep. Trio to dopracowało się zupełnie oryginalnego sposobu grania hard-rocka, tak oryginalnego, że wymyślono nań „dedykowaną” (ach, cóż byśmy zrobili bez domorosłych odkrywców nowych rejonów polszczyzny…) szufladkę z etykietką stoner rock. Pierwszą płytą w tej szufladce był album Sleep zawierający jedną 60-minutową piosenkę, który w zależności od edycji nazywał się Jerusalem albo Dopesmoker. Po latach przerwy, już w nowym stuleciu, dwie trzecie składu Sleep – bas i perkusja, bez gitary! – wróciło do grania pod nazwą Om, łącząc hałaśliwe brzmienie z orientalnym transem i nagrywając coraz lepsze płyty, aż do rewelacyjnej, przełomowej God Is Good z 2009 roku. Przełom polegał, oprócz zmiany bębniarza, na pewnym złagodzeniu brzmienia i wzbogaceniu go o instrumenty akustyczne, jednak ten mantryczny metal wciąż miał kopa. No i po trzech latach dostajemy nowy album, z którym mam wspomniany na początku kłopot. Jeżeli pamięta się wcześniejsze płyty Om, to Advaitic Songs są, hmmm, zbyt lekkie. Przesterowany bas, który kiedyś „zabezpieczał” prawie całą treść muzyczną, odzywa się tylko w jednym utworze na pięć (albo przez 5 minut z czterdziestu trzech). Puste miejsce w brzmieniu zespołu wypełnia albo wata, czyli wciąż te same opadające nuty (w seriach po cztery lub osiem), albo woda, czyli jednostajne dźwięki bez nadziei na zmianę. Przykładem waty byłby okropny utwór nr 3, Gethsemane – słaby dzień przeciętnego zespołu goth-metalowego, przykładem wody – stojący przez dwie minuty (!) dźwięk syntezatora otwierający nagranie 4, Sinai. Ani w tym czadu, ani medytacji.

Niczym Tytus, wyzerujmy teraz nasze mózgi do poziomu człowieka nieznającego jeszcze twórczości duetu Al Cisneros – Emil Amos i nastawmy Advaitic Songs od nowa. Zauważymy, że choć pomysł, jaki panowie mają na granie, czyli taki mantra-rock, jest dość prosty i nie poraża oryginalnością, to mimo wszystko mało kto jednak tak gra (może czasami Dead Can Dance) i całość brzmi dość świeżo. Obrazy, jakie roztacza ta muzyka przed naszymi oczami, są co prawda jednoznaczne – spalone słońcem bliskowschodnie pustynie – ale bardzo sugestywne. Brzmienie jest zróżnicowane: altówka, wiolonczela, tambura, czyli takie hinduskie prrrriammmmm, tabla, fortepian; perkusista czasem gra niesłychanie plastycznie i popisowo, a czasem zadowala się cykaniem w talerze przez kilka minut; a i na sam koniec płyty muzycy wracają do świata zachodniego i włączają jakąś progresję akordową. No dobra, przewiniemy ten kiczowaty utwór 3, albo zamiast niego puścimy jeszcze raz świetny Addis, który otwiera płytę. Wspomniany już przester, Point Of Non-Return, może i brzmi w całości jakimś zgrzytem – ale singiel z niego świetny. A że woda? Jak mawiali mistrzowie Zen, jeśli będziesz dostatecznie długo siedział nad brzegiem rzeki, zobaczysz płynące z jej nurtem ciała twoich wrogów.

Dariusz DUDZIŃSKI

Om Advaitic Songs Drag City 2012

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s