Uwaga, długie czytanie: rzecz o solidarności przez małe s w polskich tekstach rockowych.

NIEZBYT SOLIDARNE TEKSTY

Miesięcznik „Lampa”, chyba czerwiec 2011.

W pozornie bezklasowym PRL-u, nieustającą wzajemną niechęć żywiły dwie warstwy społeczne: inteligencja i robotnicy. Wrogość tę podsycał sam aparat władzy i przełamać ją udało się dopiero pierwszej „Solidarności”; w Gdańsku w roku 1980 obie sfery zjednoczyły się wobec wspólnego przeciwnika. I być może to jakiś trójmiejski genius loci, cokolwiek by to mogło znaczyć, a może coś jest w wodzie pitnej płynącej z tamtejszych kranów; niemniej obserwując twórczość rockmenów dorastających w czasach tej pełzającej zimnej wojny domowej, można zauważyć pewną zdumiewającą prawidłowość. Jeżeli bowiem kapele z Gdańska i okolic śpiewają piosenki opowiadające o ludziach mieszkających „na marginesie życia”, czy będzie to pijak, blond tipsiara, czy ktoś niespełna rozumu, nie wywyższają się ponad swoich bohaterów; jeżeli zaś za ten sam temat zabierają się wykonawcy z polskiego interioru, to (z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami) czynią to z nieodłącznym tonem pogardy wobec ubogich duchem.

 

„Gwiazdy ze stolycy…”

O twórczości Kazika Staszewskiego, „pieśniarza Warszawy”, można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest oszczędna w słowach, i to zarówno w sensie ilościowym, jak i jakościowym.  Dzieło tego artysty znając dość fragmentarycznie, nie mam ani potrzeby, ani, na szczęście, obowiązku tej znajomości poszerzać. Już jeden z pierwszych hitów Kultu z połowy lat 80., Polska, zdobił dwuwiersz: zaczepia mnie pijanych meneli wielu/jutro spotkają się w kościele. Abstrahując od tego, że jak przytomnie zwrócił uwagę Robert Tekieli menele nie chodzą do kościoła, zwróćmy uwagę na opozycję, w jakiej ustawia się bohater piosenki: on jest sam, ich jest wielu; oni są agresorami, on ofiarą; oni są urżnięci, on trzeźwiutki (bo odwiedza nocne sklepy z mlekiem …), i w dodatku, jak dowiadujemy się z innej piosenki, kroki kieruje nie do tego kościoła co oni, a do innego, całkiem niekatolickiego.  

Kilka lat później, w roku 1992, Staszewski pisze piosenkę 100000000 („Sto milionów”), w której próbuje oglądu rzeczywistości z punktu widzenia lumpenproletariusza. Czyżby Kazik rozwijał w sobie empatię? A skąd – wejście w skórę faceta wykrzykującego słynne Wałęsa, dawaj moje sto milionów to tylko chwyt stylistyczny służący lepszemu wyartykułowaniu poglądów artysty na istnienie warstwy bezradnych/nieudolnych (niepotrzebne skreślić) ofiar transformacji: Na śniadanie zjadłem to co zwykle/jak zwykle się nie umyłem.

 

Prawdziwa małość

W tym samym 1992 roku inny Kazik, a mianowicie torunianin Atrakcyjny Kazimierz (czyli Jacek Bryndal) nagrywa płytę Prawdziwa miłość. Jest to album po brzegi wypełniony przebojowymi piosenkami, których teksty wyszły spod pióra brata lidera, Rafała – dziś znanego dziennikarza i podobno nawet satyryka. Jedyny utwór niepasujący do tematu przewodniego płyty to Stanisław Gołąb, portret robola-alkoholika malowany z takim stężeniem jadu, że właściwsze byłoby tu słowo „paszkwil”. Gołąb jedyny sukces miał w podstawówce:  to, że skończona, i teraz robi łopatą jak jego tato, ucieczki szukając w piciu – o, przepraszam, Bryndal do innych rejestrów sięga, bohater piosenki chce się nie napić, a nachlać, no i jest podle gruby zamiast po prostu gruby (na marginesie: narrator ówczesnych tekstów Bryndala ma w ogóle jakiś problem z nadwagą u innych osób; cała piosenka Otyłość mówi o tym, że przez Twą otyłość gaśnie nasza miłość). Jak przystało na pełnego pretensji do wszystkich wkoło człowieka małego ducha, Gołąb jest też antysemitą – Żydów nie lubił z Legii Warszawa. Naprawdę, trudno się oprzeć wrażeniu, że to jakaś socrealistyczna nagonka z wszystkich stron na wrażego bumelanta, z lekka tylko przefarbowana zgodnie z wymogami nowych czasów.

 

Bez prawa do bycia idiotą

Bohaterowie (a raczej antybohaterowie) Staszewskiego i Bryndala byli zdecydowanie kimś z innej półki niż autorzy, wykonawcy i odbiorcy ich piosenek: byli w innym wieku i mieli inne doświadczenia życiowe. Warszawski zespół Dezerter, zawsze chętny do bicia się w cudze piersi, już w 1985 roku uznał za stosowne skierować oskarżycielski palec w stronę swoich rówieśników. Krzysztof Grabowski, autor tekstu Polska złota młodzież, nie mierzy się jednak z pojedynczym człowiekiem, a z bohaterem zbiorowym, wobec którego podobnie jak Bryndal tylko piętrzy inwektywy. Ta żywa masa jest tępa i obłudna, jej pasje to łatwa muzyka i debilne słowa, jak również wódka, kurewki, dyskoteka i, co zaskakujące u tych tępaków, szkoła. Ich życie jest bez sensu i celu, więc nie dziwota, że polska złota młodzież, która jest niczym, wykończy się sama – ale kiedy miałoby to nastąpić, o tym już Grabowski zagadkowo milczy.

 

Pod saturatorem jedyny sprawiedliwy

W sytuacji, w której wylewanie pomyj zostało ustanowione przez Kult i Dezertera normą, zawołanie Piotra Klatta i Róż Europy stańcie przed lustrami należy bez żadnej ironii uznać za akt odwagi. Klatt usiłuje przypomnieć słuchaczom, że studenci uniwersytetów i robotnicy Huty Warszawa mają taką samą godność, a brzydkie dziewczyny spod saturatora warte są góry złota. Popada on niestety w czczą deklaratywność, nie tłumaczy oczadziałej publiczności dlaczego tak właściwie jest, ale i tak, mimo tych niedomówień, należy docenić ten głos jedynego sprawiedliwego w Warszawie lat 80.

 

„…cynicy z Wybrzeża”

Czy w Gdańsku są inne dyskoteki niż w Warszawie? Nie sądzę. Nie podejrzewam także, że bywalcy tych przybytków w jednym i drugim mieście mieliby się jakoś dramatycznie różnić. Jak się jednak okazuje, można w temacie „komercja, moda, pieniądze, zawiść, wódka, kurewki” napisać coś zupełnie innego niż Dezerter. Utwór zespołu Bielizna, autochtonów gdańskiej dzielnicy Wrzeszcz, pt. Mariola idzie na dysk ma formę rozmowy tytułowej bohaterki z matką, która nie chce jej na ten dysk puścić. Dla Marioli dysk to sprawa najważniejsza, centrum wydarzeń: włoży różową bluzkę, pokaże nogę, spoci się i zrobi wrażenie na emerycie w Mercedesie, co zapewni jej darmowe jedzenie i drinki. Matka za to mówi tylko: córko, ja też kiedyś miałam siedemnaście lat i od tyłu czułam wiatr, powtarza to w kółko i pewnie w końcu puści Mariolę na ten dysk. W oparach melancholii zamyka się koło rodzinne; niby to samo, co Stanisław Gołąb, który robił łopatą jak jego tato w piosence Atrakcyjnego Kazimierza, a jednak zupełnie inaczej.

 

Inny świat

Tenże Stanisław Gołąb, kiedy już się nachlał, to w innym świecie tkwił nieprzytomnie. Innego świata wygląda też tytułowy bohater autentycznie wzruszającej piosenki Bielizny Władek przechodzi w piąty wymiar. Kim jest Władek, dowiadujemy się już w pierwszym wersie: Władek pije nocą na balkonie. Jednak swój mętny wzrok kieruje on do gwiazd – tęskno mu tam, do lepszego świata, bo w życiu zawsze cięgi brał. Ten amator nocnego picia rozumie mowę gwiazd, i teraz Władek zrobił przyrząd na tokarce/będzie sygnał w kosmos słał.

W tym momencie spauzujmy płytę Bielizny Pani Jola i przejdźmy na, pardon, dysk Dni wiatru sopockiego zespołu Ścianka. Z całym szacunkiem dla dwóch pierwszych utworów, wciśnijmy od razu trójkę. To Piotrek. Autentyczny monolog człowieka, który mieszkał w pobliżu ówczesnego studia nagraniowego Macieja Cieślaka, i który odbierał rzeczywistość w przejawach raczej pomijanych przez większość obywateli: Chropowatości chodnika oczyszczone z piasku do ostatniego ziarenka. Kiedy stawiasz stopę, przez podeszwę czujesz zagłębienia w betonie (…) z okien widać całą ulicę, szperacze liżą ziemię w dzień i w nocy, trzeba iść spokojnie. Piotrek obawia się, że może ktoś czekać z telegramem, że zabierają mi mieszkanie, bo podobno gdzieś wyjeżdżam i dlatego szykuje się do wyprawy w kosmos: Zbieram do puszki śrubki i sprężynki od długopisów. Mam też szklaną kulkę ze świderkiem w środku i rolkę czarnego papieru. Z tego powstanie mój pojazd – pojazd w końcu rusza, a dzieje się to przy akompaniamencie ambientowego, gitarowego bluesa. Zamiast śmiać się z miejscowego głupka, bez ironii i dystansu przyjmujemy jego perspektywę zdarzeń: Startuję! Jestem pilotem nocy na stalowych skrzydłach po granice miasta. Jestem czarną kroplą wpadającą w głąb. Jestem wstęgą Ozyrysa. Jestem czarnym księżycem, jego niewidoczną stroną. Sam zasiadam do stołu w pustych salach z okienkiem na końcu nigdy nieprzebytej drogi…

 

Nowy świat

Bogatsi i silniejsi o to doświadczenie, możemy wrócić na balkon do Władka. Nie jest oczywiście dla nas niespodzianką, że Władek umarł wczoraj na balkonie, bo odebrał sygnał z piątego wymiaru i teraz będzie przez tysiąc lat spał w ciepłym blasku Mlecznej Drogi.

Przestaje nas też oburzać już zła energia rozsiewana przez Bryndala – ona ginie, rozpływa się, jest czarną kroplą wpadającą w głąb. Stolica też już odmieniona – pieśniarzem Warszawy już nie jest ślepy z nienawiści Kazik, a młodszy od niego o kilkanaście lat Pablopavo, który szuka melodramatu w prostych historiach prostych ludzi. Ale o tym już mieliśmy okazję czytać na łamach”Lampy” nieraz.

Dariusz DUDZIŃSKI

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Om „Advaitic Songs”, 2012

AdvaiticSongsOM

Watą i wodą, albo pochwała czystego umysłu

 

Nowej płyty zespołu Om można słuchać na dwa sposoby: albo mając w pamięci całą historię i twórczy rozwój kapeli, albo na świeżo, bez zaprzątania sobie nimi głów. Od razu mówię, że ten drugi sposób przynosi więcej korzyści, dlaczego – zaraz wyjaśnię. Dawno temu, w odległej galaktyce istniał zespół Sleep. Trio to dopracowało się zupełnie oryginalnego sposobu grania hard-rocka, tak oryginalnego, że wymyślono nań „dedykowaną” (ach, cóż byśmy zrobili bez domorosłych odkrywców nowych rejonów polszczyzny…) szufladkę z etykietką stoner rock. Pierwszą płytą w tej szufladce był album Sleep zawierający jedną 60-minutową piosenkę, który w zależności od edycji nazywał się Jerusalem albo Dopesmoker. Po latach przerwy, już w nowym stuleciu, dwie trzecie składu Sleep – bas i perkusja, bez gitary! – wróciło do grania pod nazwą Om, łącząc hałaśliwe brzmienie z orientalnym transem i nagrywając coraz lepsze płyty, aż do rewelacyjnej, przełomowej God Is Good z 2009 roku. Przełom polegał, oprócz zmiany bębniarza, na pewnym złagodzeniu brzmienia i wzbogaceniu go o instrumenty akustyczne, jednak ten mantryczny metal wciąż miał kopa. No i po trzech latach dostajemy nowy album, z którym mam wspomniany na początku kłopot. Jeżeli pamięta się wcześniejsze płyty Om, to Advaitic Songs są, hmmm, zbyt lekkie. Przesterowany bas, który kiedyś „zabezpieczał” prawie całą treść muzyczną, odzywa się tylko w jednym utworze na pięć (albo przez 5 minut z czterdziestu trzech). Puste miejsce w brzmieniu zespołu wypełnia albo wata, czyli wciąż te same opadające nuty (w seriach po cztery lub osiem), albo woda, czyli jednostajne dźwięki bez nadziei na zmianę. Przykładem waty byłby okropny utwór nr 3, Gethsemane – słaby dzień przeciętnego zespołu goth-metalowego, przykładem wody – stojący przez dwie minuty (!) dźwięk syntezatora otwierający nagranie 4, Sinai. Ani w tym czadu, ani medytacji.

Niczym Tytus, wyzerujmy teraz nasze mózgi do poziomu człowieka nieznającego jeszcze twórczości duetu Al Cisneros – Emil Amos i nastawmy Advaitic Songs od nowa. Zauważymy, że choć pomysł, jaki panowie mają na granie, czyli taki mantra-rock, jest dość prosty i nie poraża oryginalnością, to mimo wszystko mało kto jednak tak gra (może czasami Dead Can Dance) i całość brzmi dość świeżo. Obrazy, jakie roztacza ta muzyka przed naszymi oczami, są co prawda jednoznaczne – spalone słońcem bliskowschodnie pustynie – ale bardzo sugestywne. Brzmienie jest zróżnicowane: altówka, wiolonczela, tambura, czyli takie hinduskie prrrriammmmm, tabla, fortepian; perkusista czasem gra niesłychanie plastycznie i popisowo, a czasem zadowala się cykaniem w talerze przez kilka minut; a i na sam koniec płyty muzycy wracają do świata zachodniego i włączają jakąś progresję akordową. No dobra, przewiniemy ten kiczowaty utwór 3, albo zamiast niego puścimy jeszcze raz świetny Addis, który otwiera płytę. Wspomniany już przester, Point Of Non-Return, może i brzmi w całości jakimś zgrzytem – ale singiel z niego świetny. A że woda? Jak mawiali mistrzowie Zen, jeśli będziesz dostatecznie długo siedział nad brzegiem rzeki, zobaczysz płynące z jej nurtem ciała twoich wrogów.

Dariusz DUDZIŃSKI

Om Advaitic Songs Drag City 2012

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Trojanowskiej zawsze mało („Lampa” nie pamiętam który numer/2012)

trojanowska.jpg

Sobie na złość

Zanim przejdziemy do naprawdę ważnych kwestii (typu: kto jest największym wrogiem Izabeli Trojanowskiej) wyjaśnijmy, dlaczego w ogóle „Lampa” pisze o nowej płycie tej kiepskiej aktorki z serialu „Klan”. Niektórzy Czytelnicy mogą tego nie pamiętać, ale przełom lat 70. i 80. przyniósł w Polsce nieodwracalne zmiany nie tylko w życiu politycznym, ale i w popkulturze. Tragicznym symbolem tego przejścia była śmierć w katastrofie lotniczej w marcu 1980 roku Anny Jantar, bodaj największej gwiazdy tradycyjnego polskiego piosenkarstwa poprzedniej dekady. Stało się to w chwili, gdy triumfy święciła jej piosenka – nomen omen – Nic nie może wiecznie trwać: świetny disco-rockowy numer, który miał rozpoczynać nowy rozdział w karierze wciąż młodej przecież (niespełna 30 lat) artystki. Kompozytor tego hitu, Romuald Lipko, miał już ponoć w zanadrzu repertuar na następną płytę Jantar [ale to tylko legenda miejska – mój dopisek 2018]. Wykonawczynią została Izabela Schuetz, świeżo po mężu Trojanowska, wówczas bardziej znana jako aktorka, ale obecna i na scenie muzycznej już blisko dekadę, choć z przypadkowym repertuarem. Swój popowy potencjał pokazywała w telewizyjnym programie rozrywkowym „Studio Gama”, czarując widzów (wśród nich także pewnego dziewięciolatka o imieniu i nazwisku dziwnie zbliżonym do autora niniejszej recenzji) świeżością i wdziękiem, z jakimi wykonywała dość łaziorne piosenki dinozaura Ryszarda Poznakowskiego. Z nowoczesnymi utworami Lipki Trojanowska osiągnęła wiosną 1980 roku sukces, jakiego chyba nikt się nie spodziewał. Była ona pierwszą w Polsce gwiazdą nowego typu, na nowe, rockowe czasy. Śpiew bliski melorecytacji, wyniosły, drapieżny image i wyemancypowane teksty – to była nieznana jeszcze u nas kreacja sceniczna. Emploi, które odmieniło polską muzykę i przygotowało grunt choćby pod późniejszy o kilka miesięcy sukces Maanamu. Nie dziwota też, że chyba pierwszym polskim występem drag queen, na początku lat 90., był show udawanej Izy T.

W jednym z najbardziej znanych opowiadań Borgesa autor wspomina o językach, jakimi mówi się na wymyślonej, acz istniejącej planecie Tlön: nie ma w nich rzeczowników, a zamiast nich rzeczy określa się zestawem kilku dowolnie wybranych przymiotników. Popkultura na planecie Ziemia funkcjonuje na tej samej zasadzie. Nieważne, kim naprawdę jest Izabela Trojanowska; ważne, co myślą o niej fani. „Izabela Trojanowska” to suma wyobrażeń milionów ludzi na jej temat, a nie realna dama o tym imieniu i nazwisku. Dama, która nie przyjmuje tego faktu do wiadomości i robi (prawie) wszystko, by utłuc swojego scenicznego awatara. Z okładki najnowszej płyty spogląda na nas zalotnie blond anielica, całe lata świetlne od lesbijskich kreacji z debiutanckiego albumu, ale też i z Kariery Nikodema Dyzmy czy skasowanego już chyba z telewizyjnych archiwów horroru Carmilla. Ostra laska, która trzy dekady temu sztorcowała pierdołowatego absztyfikanta, żeby natychmiast dawał jej wszystko, czego dziś chce, dziś w piosence Gdy coś chcę jest paniusią, co łazi rozmemłana z kąta w kąt, i dopiero u boku faceta: wszystko chcę i wszystko robię, łapię rytm. Swoją drogą ta piosenka to chyba jedyny naprawdę udany i przebojowy numer na całej płycie, ostry, rockowy kawałek z autocytatami ze wspomnianego Wszystko, czego dziś chcę. Dają się tu jeszcze słuchać densowe umpa-umpa Kochaj mnie za wszystko (matko jedyna, czy ja naprawdę coś takiego napisałem?) i posuwista ballada Nareszcie czuję, choć ta ostatnia to utwór jeszcze sprzed kilkunastu lat, z poprzedniego albumu. Reszta jest w najlepszym razie bezbarwna, a w najgorszym (Kogo dziś na zwykłą miłość stać) balansuje nad otchłanią disco polo, naprawdę. Zachodzę też w głowę, jak Trojanowska może na serio wyśpiewywać teksty, które mogłyby być ozdobą wczesnego, parodystycznego wcielenia 19 Wiosen: zbyt wiele szczęść straconych, zagubionych dróg, zbyt wiele przegapionych znaków, co dał Bóg, za dużo o ból, smutek i strach, o to, co podłe w nas, a życia zawsze mało.

24 lata temu Leonard Cohen miał tyle lat, co Trojanowska teraz. Skomponował wtedy utwór o tym, że właśnie pojął, ze już na zawsze zostanie więźniem w wieży piosenki. Mam cały czas nadzieję, że pani Iza w końcu zrozumie, że i ona jest księżniczką w tej samej wieży zamkniętą i wreszcie zaśpiewa coś dla swoich poddanych – publiczności, która od pamiętnej wiosny 1980 roku widzieć ją chce nie w szmacianych kapciach, tylko w szpilkach, i to takich designerskich, z czerwoną podeszwą.

Dariusz DUDZIŃSKI

Izabela Trojanowska Życia zawsze mało Roxy Records/Fonografika 2011

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Gdynia w stereo”, 2010 (recenzja z „Lampy” numer chyba 1-2/2011)

180571__kr.jpg

Zderzenie z kolorowym trolejbusem

  1. Utwory na składankę dostarczyło 19 (właściwie trochę mniej, aleo tem potem) podmiotów wykonawczych z Gdyni. Otwierający całość wspaniały zespół Karol Schwarz All Stars zmarnował szansę, bo zamiast dać którąś ze swoich psychodeliczno-postrockowych kompozycji, postanowił zamieścić regowaty żart muzyczny.

  2. Ponieważ płyta jest niespójna, recenzja też będzie taka.

  3. Pod trójkąnajlepszy utwór na płycie. Wyluzowana (ale czujnie zaaranżowana) piosenka nieznanego mi zespołu C3040, w pierwszej chwili myślałem, że to Apteka, ale po prostu wokalista, Piotr Nabrdalik, ma bardzo podobną barwę głosu do Kodyma.

  4. Uważam, że wykonawców jest mniej niż nominalne 19 dlatego, że te same nazwiska przewijają się przez różne składy. Na przykład każdy z muzyków zespołu Ląd Morze Ląd gra jeszcze przynajmniej w jednym zespole.

  5. W latach 80., kiedy to Gdańsk był de facto stolicą Polski, rockowa scena Trójmiasta była zjawiskiem ze wszech miar oryginalnym. Teraz kapele z Gdyni łoją wycięty z gazety nastoletni punk albo

  6. psie reggae, a publiczność nie protestuje. Przyzwyczaili się? Współczuję.

  7. Dżentelmen o nazwisku Michał Miegoń figuruje na płycie nie tylko jako jejexecutive producer(ciekawe, co to znaczy) i inżynier dźwięku, który nagrał tu wielu wykonawców, ale i jako muzyk w trzech zespołach.

  8. Zachodzę w głowę i nie potrafię znaleźć uzasadnienia, dlaczego okładka tej płyty imituje opakowanie studyjnej taśmy magnetycznej produkcji amerykańskiej. OK., wygląda to fajnie, ale gdzie tu sens?

  9. Inż. Mamoń, pardon, Miegoń, pojawia się właśnie jako lider zespołu Kiev Office. Ciąg dalszy tego wątku pod numerem 15.

  10. Kto wydać chce kompilację kapel z Gdyni, musi się zmierzyć z legendą, jaką obrosła wydana w 1988 roku płyta Gdynia, prezentująca scenę, o której wspomniałem w pkt. 5. Miasto było szare, więc jej okładka prezentowała trolejbus w psychodelicznych kolorach. Teraz w Gdyni żyje się dobrze, zatem nie dziwota, że po rozłożeniu digipaka Gdyni w stereo możemy podziwiać wieczorny pejzaż modernistycznej architektury miasta, które dumą napawa swoich obywateli.

  11. Niestety, o ile Gdynia chce uchodzić za miasto nowoczesne, to dźwięki nagrane na niniejszej płycie wystawią mu kiepską wizytówkę. Prawie wszystkie nagrania brzmią chudo, amatorsko w złym tego słowa sensie. Dlaczego słychać tu plastik z taniego studia, czemu nikt się nie nagrał choćby na dyktafon?

  12. Jak mawiają w Trójmieście,Wolne Miasto Gdańskszybka Gdynia, he he. W takim razie co tu robią brzmienia elektroniczne sprzed 15 lat, z czasów Massive Attack i Portishead?

  13. O potencjale miasta świadczy jego innowacyjność. Myślę, że kompilatorzy omawianej płyty będą się musieli gęsto tłumaczyć z tych spranych kopii Pearl Jam, których kilka się tu znalazło.

  14. Rozrzut stylistyczny prezentowanych kapel jest niewielki. Najwyraźniej nie grają w Gdyni muzyki awangardowej, folkowej czy improwizowanej, tylko blady gitarowy rock. Zespół Gods Own Prototype wyróżnia się tym, że inspiruje się alt-metalem w stylu chicagowskiego Pelicana, a to u nas nieczęste.

  15. Pod dziewiątką słuchaliśmy zespołu Kiev Office wykonującego utwór gitarzysty Miegonia. Teraz prawie ten sam skład przybiera nazwę Marla Cinger i gra kompozycję basistki Joanny Kucharskiej. Proponuję połączyć siły zamiast się rozdrabniać, bo utwór Miegonia lepszy, ale za to Kucharska dużo lepiej śpiewa, a w dodatku Miegoń ma fatalną dykcję.

  16. Cała płyta pozostawia fatalne wrażenie głównie dlatego, że jest rozdęta do granic możliwości. Szybka, syntezatorowa piosenka zespołu The Bottle Caps byłaby fajna, gdyby trwała dwie minuty, a nie 4:59.

  17. Natomiast deutsche-punkowy zespół Disorient się wycwanił i nagrał dwa utwory bez przerwy, jeden za drugimzmieścili się w 4:33.

  18. Proszę sobie wyobrazić, że Gdynia w stereo to przedsięwzięcie tak skomplikowane, że jego promocją i PR-em muszą (?) się zajmować dwie (!) różne osoby. Jednak, dokładnie tak jak podejrzewałem, do żadnej z tych marketingowych głów nie wpadł genialny pomysł, żeby tytuły utworów umieścić w internetowej bazie danych CDDB, co doskonale utrudniło pracę niżej podpisanemu, chcącemu napisać coś o tej płycie przy użyciu tak nowoczesnego wynalazku jak komputer podłączony do światowej sieciInternet.

  19. No i na koniec płyty drugi fajny numerZapłon Adama Olesiejuka, tu pod wdzięcznym pseudonimem Adam Saddam. Wokal, gitara akustyczna, niby blues, tekst chyba o wojnie w Wietnamie, z rymami AAAA. Będziemy bliżej, zwieńczeni krzyżem, dwa metry niżej. No niestety, cała płyta nie wytrzymuje zderzenia z kolorowym trolejbusem z punktu 10. Game over.

Dariusz DUDZIŃSKI

Różni wykonawcy Gdynia w stereo Kwartalnik ArtystycznyBliza2010

Opublikowano Lampa, recenzje, znam o jedną kapelę więcej niż Ty | Dodaj komentarz

The Sufis – „The Sufis”, 2012

Znalezione obrazy dla zapytania ample play sufis

Identyko

Było kiedyś takie słowo, nieprawdaż? Pora je odkurzyć wraz z niniejszą pozycją, debiutanckim albumem tria z Nashville. Nie, z muzyką country się tutaj nie zetkniemy nawet w najmniejszej dawce. Trzej dżentelmeni, z zawodu inżynierowie dźwięku, wysmażyli taką płytę, że gdybyśmy przenieśli się z nią do przełomu lat 1967/68, ot, może i na sylwestrową imprezę, i powiedzieli znajomym, że to najnowsze nagrania, jakie Syd Barrett i Pink Floydzi przygotowali na drugi album, to wszyscy by się dali nabrać. Całe bogactwo inwentarza (czegóż tu nie ma: organy, flet, tamburyn, klawesyn, echo, leslie, vibrato, przyspieszanie i zwalnianie taśmy…) przyozdabia dwu-trzyminutowe piosenki, które chyba ukradziono z taśmy wyjętej z wehikułu czasu. Sri Sai Flora, Wake Up, Rosalie’s Garden – jeśli komuś nie wystarczą do szczęścia już same tytuły tych hitów, niech podąży za radą z fragmentu jednego z tekstów: guide yourself through streams of time, elevate your consciousness to mindfulness. Na tyle sophisticated, byśmy dali się nabrać, i na tyle proste, by poruszyć nasze dzisiejsze, leniwe uszy. The Sufis stąpają po tej cienkiej granicy z dużym wyczuciem, noga lekko omsknęła im się tylko raz, przy utworze See the way, troszkę zbyt podobnym do 13th Floor Elevators z płyty Easter Everywhere. Na szczęście trwa on tylko dwie minuty, a zaraz potem mamy kończący płytę, kapitalny I don’t know, akustyczno-blackmetalową odpowiedź na Tomorrow never knows.

Ten krótki (10 tytułów, 27 minut) album zawiera jednak nie tylko piosenki, ale i formy bardziej enigmatyczne. Uśmiałem się serdecznie przy fletowo-pukanym utworze opatrzonym tytułem W aśramie, natomiast kilka innych, opartych o manipulacje taśmami i odgłosy otoczenia, wskazuje na to, że panowie dobrze znają Carnival of lightlegendarny, nieopublikowany do dziś na żadnej płycie eksperymentalny utwór Beatlesów, który uchodzi teraz chyba za szczyt muzycznej wiedzy tajemnej, podobnie jak dwie dekady temu Smile Beach Boysów.

Jeżeli ktoś uważa całą tę zabawę za czczy postmodernistyczny greps, to proponuję mu wykonanie eksperymentu myślowego: proszę sobie wyobrazić podobnie przekonującą płytę nagraną dziś, a wyglądającą jak dzieło z czasów punkowej eksplozji ’77 (odpowiedź: to niemożliwe), a ja tymczasem ogłaszam The Sufis debiutem roku 2012.

Opublikowano Lampa, recenzje, znam o jedną kapelę więcej niż Ty | Dodaj komentarz

Przeżujmy to jeszcze raz…

…czyli recenzje (muzyczne), które publikowano drukiem w nieodżałowanym miesięczniku „Lampa” w latach 2005-2013.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Koncert w Sopocie w sobotę 11. kwietnia i premiera płyty!

W ramach koncertu Przyzwoitości na pewno odśpiewam „Piosenkę bez dat”. A w ramach koncertu Najprzyjemniejszych na pewno zagramy już jakieś utwory z następnej płyty!

No i nie wiem kto to napisał, ale czuję pióro pewnego znanego poety średniego pokolenia:

NAJPRZYJEMNIEJSI powstali korespondencyjnie w zeszłym roku, a w tym zadebiutowali 4 lutego w klubie Piękny Pies w Krakowie. Muzyka jest zróżnicowana. Żadnych szufladek. Mówi się, że grają postnewshoegaze lub dream punka. Teksty Świetlickiego i Dudzińskiego. Dwóch, bardzo różniących się wokalistów. Świetlicki, rocznik 1961, Dudziński, rocznik 1970, Wandzilak, rocznik 1989. Mimo różnicy wieku bardzo podobna wrażliwość. Debiutancki koncert był na tyle udany, że na bazie nagrań z niego i nagrań z prób powstała szczególna płyta Wzięli i zagrali, która będzie miała premierę w Sopocie. Na płycie jest 12 piosenek. Wydała ją całkowicie niezależna wytwórnia PINKI PAJS REKORDS działająca w sławnym krakowskim klubie Piękny Pies. Repertuar zespołu to śmiałe poruszanie się po wszystkich stylistykach. Dwóch wokalistów i tekściarzy wspiera multiinstrumentalny klawiszowiec. Mamy i punk i jazz i elektronikę, wszystko mamy. Jak się rozpędzamy, to i metal gramy. JULIA I NIEPRZYJEMNI to te same chłopy plus gwiazdeczka, Julia Kamińska, aktorka i germanistka, z Gdańska się wywodząca. Skoro Velvet Underground wziął sobie na pierwszą płytę Nico, to Nieprzyjemni wzięli Julię. To na razie początki współpracy, ale Julia jest odważna i bardzo dzielna (a i urodą grzeszy), więc zanosi się na dłuższą współpracę. Nieźle dziewczyna śpiewa i nie jest to żadna piosenka aktorska, tylko poważne śpiewanie. A PRZYZWOITOŚĆ to autorskie przedsięwzięcie Dariusza Dudzińskiego, podziemnego songwritera, który swoje płyty potajemnie nagrywa i wydaje od kilkunastu lat. Jest skrzyżowaniem legendarnego pierwszego wokalisty Pink Floyd Syda Barrettta z Wiesławem Michnikowskim. Teksty śmieszne do bólu i do bólu mądre.

Opublikowano !!! Przyzwoitość !!!, kto jest winien ich śmierci i czemu w Polsce tak śmierdzi, Najprzyjemniejsi | 1 komentarz

Najprzyjemniejsi – „Wzięli i zagrali” (2015).

image_opt

 

To dopiero robocza wersja okładki, dlatego się tak wstydliwie uchyla. Płyta ma być gotowa na koncert Najprzyjemniejszych w Sopocie 11 kwietnia. Jest mi bardzo miło, że w wydaniu płyty macza palce Wojtek Kozielski, którego pamiętam jeszcze od czasów fanzina „Antena Krzyku”, czyli gdzieś tak 1988/89.

Opublikowano !!! Przyzwoitość !!!, Najprzyjemniejsi | Dodaj komentarz

N A J P R Z Y Z W O I T S I

najpies

Program wieczoru:

PRZYZWOITOŚĆ (40 minut)

NAJPRZYJEMNIEJSI (60 minut)

JULIA I NIEPRZYJEMNI (15 minut)

Gram we wszystkich trzech zespołach.

Opublikowano !!! Przyzwoitość !!!, Najprzyjemniejsi | 5 Komentarzy

Gdyby każdy z autorów tego bloga wypalił jednego papierosa…

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2014 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

A San Francisco cable car holds 60 people. This blog was viewed about 1,400 times in 2014. If it were a cable car, it would take about 23 trips to carry that many people.

Click here to see the complete report.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz