Trojanowskiej zawsze mało („Lampa” nie pamiętam który numer/2012)

trojanowska.jpg

Sobie na złość

Zanim przejdziemy do naprawdę ważnych kwestii (typu: kto jest największym wrogiem Izabeli Trojanowskiej) wyjaśnijmy, dlaczego w ogóle „Lampa” pisze o nowej płycie tej kiepskiej aktorki z serialu „Klan”. Niektórzy Czytelnicy mogą tego nie pamiętać, ale przełom lat 70. i 80. przyniósł w Polsce nieodwracalne zmiany nie tylko w życiu politycznym, ale i w popkulturze. Tragicznym symbolem tego przejścia była śmierć w katastrofie lotniczej w marcu 1980 roku Anny Jantar, bodaj największej gwiazdy tradycyjnego polskiego piosenkarstwa poprzedniej dekady. Stało się to w chwili, gdy triumfy święciła jej piosenka – nomen omen – Nic nie może wiecznie trwać: świetny disco-rockowy numer, który miał rozpoczynać nowy rozdział w karierze wciąż młodej przecież (niespełna 30 lat) artystki. Kompozytor tego hitu, Romuald Lipko, miał już ponoć w zanadrzu repertuar na następną płytę Jantar [ale to tylko legenda miejska – mój dopisek 2018]. Wykonawczynią została Izabela Schuetz, świeżo po mężu Trojanowska, wówczas bardziej znana jako aktorka, ale obecna i na scenie muzycznej już blisko dekadę, choć z przypadkowym repertuarem. Swój popowy potencjał pokazywała w telewizyjnym programie rozrywkowym „Studio Gama”, czarując widzów (wśród nich także pewnego dziewięciolatka o imieniu i nazwisku dziwnie zbliżonym do autora niniejszej recenzji) świeżością i wdziękiem, z jakimi wykonywała dość łaziorne piosenki dinozaura Ryszarda Poznakowskiego. Z nowoczesnymi utworami Lipki Trojanowska osiągnęła wiosną 1980 roku sukces, jakiego chyba nikt się nie spodziewał. Była ona pierwszą w Polsce gwiazdą nowego typu, na nowe, rockowe czasy. Śpiew bliski melorecytacji, wyniosły, drapieżny image i wyemancypowane teksty – to była nieznana jeszcze u nas kreacja sceniczna. Emploi, które odmieniło polską muzykę i przygotowało grunt choćby pod późniejszy o kilka miesięcy sukces Maanamu. Nie dziwota też, że chyba pierwszym polskim występem drag queen, na początku lat 90., był show udawanej Izy T.

W jednym z najbardziej znanych opowiadań Borgesa autor wspomina o językach, jakimi mówi się na wymyślonej, acz istniejącej planecie Tlön: nie ma w nich rzeczowników, a zamiast nich rzeczy określa się zestawem kilku dowolnie wybranych przymiotników. Popkultura na planecie Ziemia funkcjonuje na tej samej zasadzie. Nieważne, kim naprawdę jest Izabela Trojanowska; ważne, co myślą o niej fani. „Izabela Trojanowska” to suma wyobrażeń milionów ludzi na jej temat, a nie realna dama o tym imieniu i nazwisku. Dama, która nie przyjmuje tego faktu do wiadomości i robi (prawie) wszystko, by utłuc swojego scenicznego awatara. Z okładki najnowszej płyty spogląda na nas zalotnie blond anielica, całe lata świetlne od lesbijskich kreacji z debiutanckiego albumu, ale też i z Kariery Nikodema Dyzmy czy skasowanego już chyba z telewizyjnych archiwów horroru Carmilla. Ostra laska, która trzy dekady temu sztorcowała pierdołowatego absztyfikanta, żeby natychmiast dawał jej wszystko, czego dziś chce, dziś w piosence Gdy coś chcę jest paniusią, co łazi rozmemłana z kąta w kąt, i dopiero u boku faceta: wszystko chcę i wszystko robię, łapię rytm. Swoją drogą ta piosenka to chyba jedyny naprawdę udany i przebojowy numer na całej płycie, ostry, rockowy kawałek z autocytatami ze wspomnianego Wszystko, czego dziś chcę. Dają się tu jeszcze słuchać densowe umpa-umpa Kochaj mnie za wszystko (matko jedyna, czy ja naprawdę coś takiego napisałem?) i posuwista ballada Nareszcie czuję, choć ta ostatnia to utwór jeszcze sprzed kilkunastu lat, z poprzedniego albumu. Reszta jest w najlepszym razie bezbarwna, a w najgorszym (Kogo dziś na zwykłą miłość stać) balansuje nad otchłanią disco polo, naprawdę. Zachodzę też w głowę, jak Trojanowska może na serio wyśpiewywać teksty, które mogłyby być ozdobą wczesnego, parodystycznego wcielenia 19 Wiosen: zbyt wiele szczęść straconych, zagubionych dróg, zbyt wiele przegapionych znaków, co dał Bóg, za dużo o ból, smutek i strach, o to, co podłe w nas, a życia zawsze mało.

24 lata temu Leonard Cohen miał tyle lat, co Trojanowska teraz. Skomponował wtedy utwór o tym, że właśnie pojął, ze już na zawsze zostanie więźniem w wieży piosenki. Mam cały czas nadzieję, że pani Iza w końcu zrozumie, że i ona jest księżniczką w tej samej wieży zamkniętą i wreszcie zaśpiewa coś dla swoich poddanych – publiczności, która od pamiętnej wiosny 1980 roku widzieć ją chce nie w szmacianych kapciach, tylko w szpilkach, i to takich designerskich, z czerwoną podeszwą.

Dariusz DUDZIŃSKI

Izabela Trojanowska Życia zawsze mało Roxy Records/Fonografika 2011

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Gdynia w stereo”, 2010 (recenzja z „Lampy” numer chyba 1-2/2011)

180571__kr.jpg

Zderzenie z kolorowym trolejbusem

  1. Utwory na składankę dostarczyło 19 (właściwie trochę mniej, aleo tem potem) podmiotów wykonawczych z Gdyni. Otwierający całość wspaniały zespół Karol Schwarz All Stars zmarnował szansę, bo zamiast dać którąś ze swoich psychodeliczno-postrockowych kompozycji, postanowił zamieścić regowaty żart muzyczny.

  2. Ponieważ płyta jest niespójna, recenzja też będzie taka.

  3. Pod trójkąnajlepszy utwór na płycie. Wyluzowana (ale czujnie zaaranżowana) piosenka nieznanego mi zespołu C3040, w pierwszej chwili myślałem, że to Apteka, ale po prostu wokalista, Piotr Nabrdalik, ma bardzo podobną barwę głosu do Kodyma.

  4. Uważam, że wykonawców jest mniej niż nominalne 19 dlatego, że te same nazwiska przewijają się przez różne składy. Na przykład każdy z muzyków zespołu Ląd Morze Ląd gra jeszcze przynajmniej w jednym zespole.

  5. W latach 80., kiedy to Gdańsk był de facto stolicą Polski, rockowa scena Trójmiasta była zjawiskiem ze wszech miar oryginalnym. Teraz kapele z Gdyni łoją wycięty z gazety nastoletni punk albo

  6. psie reggae, a publiczność nie protestuje. Przyzwyczaili się? Współczuję.

  7. Dżentelmen o nazwisku Michał Miegoń figuruje na płycie nie tylko jako jejexecutive producer(ciekawe, co to znaczy) i inżynier dźwięku, który nagrał tu wielu wykonawców, ale i jako muzyk w trzech zespołach.

  8. Zachodzę w głowę i nie potrafię znaleźć uzasadnienia, dlaczego okładka tej płyty imituje opakowanie studyjnej taśmy magnetycznej produkcji amerykańskiej. OK., wygląda to fajnie, ale gdzie tu sens?

  9. Inż. Mamoń, pardon, Miegoń, pojawia się właśnie jako lider zespołu Kiev Office. Ciąg dalszy tego wątku pod numerem 15.

  10. Kto wydać chce kompilację kapel z Gdyni, musi się zmierzyć z legendą, jaką obrosła wydana w 1988 roku płyta Gdynia, prezentująca scenę, o której wspomniałem w pkt. 5. Miasto było szare, więc jej okładka prezentowała trolejbus w psychodelicznych kolorach. Teraz w Gdyni żyje się dobrze, zatem nie dziwota, że po rozłożeniu digipaka Gdyni w stereo możemy podziwiać wieczorny pejzaż modernistycznej architektury miasta, które dumą napawa swoich obywateli.

  11. Niestety, o ile Gdynia chce uchodzić za miasto nowoczesne, to dźwięki nagrane na niniejszej płycie wystawią mu kiepską wizytówkę. Prawie wszystkie nagrania brzmią chudo, amatorsko w złym tego słowa sensie. Dlaczego słychać tu plastik z taniego studia, czemu nikt się nie nagrał choćby na dyktafon?

  12. Jak mawiają w Trójmieście,Wolne Miasto Gdańskszybka Gdynia, he he. W takim razie co tu robią brzmienia elektroniczne sprzed 15 lat, z czasów Massive Attack i Portishead?

  13. O potencjale miasta świadczy jego innowacyjność. Myślę, że kompilatorzy omawianej płyty będą się musieli gęsto tłumaczyć z tych spranych kopii Pearl Jam, których kilka się tu znalazło.

  14. Rozrzut stylistyczny prezentowanych kapel jest niewielki. Najwyraźniej nie grają w Gdyni muzyki awangardowej, folkowej czy improwizowanej, tylko blady gitarowy rock. Zespół Gods Own Prototype wyróżnia się tym, że inspiruje się alt-metalem w stylu chicagowskiego Pelicana, a to u nas nieczęste.

  15. Pod dziewiątką słuchaliśmy zespołu Kiev Office wykonującego utwór gitarzysty Miegonia. Teraz prawie ten sam skład przybiera nazwę Marla Cinger i gra kompozycję basistki Joanny Kucharskiej. Proponuję połączyć siły zamiast się rozdrabniać, bo utwór Miegonia lepszy, ale za to Kucharska dużo lepiej śpiewa, a w dodatku Miegoń ma fatalną dykcję.

  16. Cała płyta pozostawia fatalne wrażenie głównie dlatego, że jest rozdęta do granic możliwości. Szybka, syntezatorowa piosenka zespołu The Bottle Caps byłaby fajna, gdyby trwała dwie minuty, a nie 4:59.

  17. Natomiast deutsche-punkowy zespół Disorient się wycwanił i nagrał dwa utwory bez przerwy, jeden za drugimzmieścili się w 4:33.

  18. Proszę sobie wyobrazić, że Gdynia w stereo to przedsięwzięcie tak skomplikowane, że jego promocją i PR-em muszą (?) się zajmować dwie (!) różne osoby. Jednak, dokładnie tak jak podejrzewałem, do żadnej z tych marketingowych głów nie wpadł genialny pomysł, żeby tytuły utworów umieścić w internetowej bazie danych CDDB, co doskonale utrudniło pracę niżej podpisanemu, chcącemu napisać coś o tej płycie przy użyciu tak nowoczesnego wynalazku jak komputer podłączony do światowej sieciInternet.

  19. No i na koniec płyty drugi fajny numerZapłon Adama Olesiejuka, tu pod wdzięcznym pseudonimem Adam Saddam. Wokal, gitara akustyczna, niby blues, tekst chyba o wojnie w Wietnamie, z rymami AAAA. Będziemy bliżej, zwieńczeni krzyżem, dwa metry niżej. No niestety, cała płyta nie wytrzymuje zderzenia z kolorowym trolejbusem z punktu 10. Game over.

Dariusz DUDZIŃSKI

Różni wykonawcy Gdynia w stereo Kwartalnik ArtystycznyBliza2010

Opublikowano Lampa, recenzje, znam o jedną kapelę więcej niż Ty | Dodaj komentarz

The Sufis – „The Sufis”, 2012

Znalezione obrazy dla zapytania ample play sufis

Identyko

Było kiedyś takie słowo, nieprawdaż? Pora je odkurzyć wraz z niniejszą pozycją, debiutanckim albumem tria z Nashville. Nie, z muzyką country się tutaj nie zetkniemy nawet w najmniejszej dawce. Trzej dżentelmeni, z zawodu inżynierowie dźwięku, wysmażyli taką płytę, że gdybyśmy przenieśli się z nią do przełomu lat 1967/68, ot, może i na sylwestrową imprezę, i powiedzieli znajomym, że to najnowsze nagrania, jakie Syd Barrett i Pink Floydzi przygotowali na drugi album, to wszyscy by się dali nabrać. Całe bogactwo inwentarza (czegóż tu nie ma: organy, flet, tamburyn, klawesyn, echo, leslie, vibrato, przyspieszanie i zwalnianie taśmy…) przyozdabia dwu-trzyminutowe piosenki, które chyba ukradziono z taśmy wyjętej z wehikułu czasu. Sri Sai Flora, Wake Up, Rosalie’s Garden – jeśli komuś nie wystarczą do szczęścia już same tytuły tych hitów, niech podąży za radą z fragmentu jednego z tekstów: guide yourself through streams of time, elevate your consciousness to mindfulness. Na tyle sophisticated, byśmy dali się nabrać, i na tyle proste, by poruszyć nasze dzisiejsze, leniwe uszy. The Sufis stąpają po tej cienkiej granicy z dużym wyczuciem, noga lekko omsknęła im się tylko raz, przy utworze See the way, troszkę zbyt podobnym do 13th Floor Elevators z płyty Easter Everywhere. Na szczęście trwa on tylko dwie minuty, a zaraz potem mamy kończący płytę, kapitalny I don’t know, akustyczno-blackmetalową odpowiedź na Tomorrow never knows.

Ten krótki (10 tytułów, 27 minut) album zawiera jednak nie tylko piosenki, ale i formy bardziej enigmatyczne. Uśmiałem się serdecznie przy fletowo-pukanym utworze opatrzonym tytułem W aśramie, natomiast kilka innych, opartych o manipulacje taśmami i odgłosy otoczenia, wskazuje na to, że panowie dobrze znają Carnival of lightlegendarny, nieopublikowany do dziś na żadnej płycie eksperymentalny utwór Beatlesów, który uchodzi teraz chyba za szczyt muzycznej wiedzy tajemnej, podobnie jak dwie dekady temu Smile Beach Boysów.

Jeżeli ktoś uważa całą tę zabawę za czczy postmodernistyczny greps, to proponuję mu wykonanie eksperymentu myślowego: proszę sobie wyobrazić podobnie przekonującą płytę nagraną dziś, a wyglądającą jak dzieło z czasów punkowej eksplozji ’77 (odpowiedź: to niemożliwe), a ja tymczasem ogłaszam The Sufis debiutem roku 2012.

Opublikowano Lampa, recenzje, znam o jedną kapelę więcej niż Ty | Dodaj komentarz

Przeżujmy to jeszcze raz…

…czyli recenzje (muzyczne), które publikowano drukiem w nieodżałowanym miesięczniku „Lampa” w latach 2005-2013.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Koncert w Sopocie w sobotę 11. kwietnia i premiera płyty!

W ramach koncertu Przyzwoitości na pewno odśpiewam „Piosenkę bez dat”. A w ramach koncertu Najprzyjemniejszych na pewno zagramy już jakieś utwory z następnej płyty!

No i nie wiem kto to napisał, ale czuję pióro pewnego znanego poety średniego pokolenia:

NAJPRZYJEMNIEJSI powstali korespondencyjnie w zeszłym roku, a w tym zadebiutowali 4 lutego w klubie Piękny Pies w Krakowie. Muzyka jest zróżnicowana. Żadnych szufladek. Mówi się, że grają postnewshoegaze lub dream punka. Teksty Świetlickiego i Dudzińskiego. Dwóch, bardzo różniących się wokalistów. Świetlicki, rocznik 1961, Dudziński, rocznik 1970, Wandzilak, rocznik 1989. Mimo różnicy wieku bardzo podobna wrażliwość. Debiutancki koncert był na tyle udany, że na bazie nagrań z niego i nagrań z prób powstała szczególna płyta Wzięli i zagrali, która będzie miała premierę w Sopocie. Na płycie jest 12 piosenek. Wydała ją całkowicie niezależna wytwórnia PINKI PAJS REKORDS działająca w sławnym krakowskim klubie Piękny Pies. Repertuar zespołu to śmiałe poruszanie się po wszystkich stylistykach. Dwóch wokalistów i tekściarzy wspiera multiinstrumentalny klawiszowiec. Mamy i punk i jazz i elektronikę, wszystko mamy. Jak się rozpędzamy, to i metal gramy. JULIA I NIEPRZYJEMNI to te same chłopy plus gwiazdeczka, Julia Kamińska, aktorka i germanistka, z Gdańska się wywodząca. Skoro Velvet Underground wziął sobie na pierwszą płytę Nico, to Nieprzyjemni wzięli Julię. To na razie początki współpracy, ale Julia jest odważna i bardzo dzielna (a i urodą grzeszy), więc zanosi się na dłuższą współpracę. Nieźle dziewczyna śpiewa i nie jest to żadna piosenka aktorska, tylko poważne śpiewanie. A PRZYZWOITOŚĆ to autorskie przedsięwzięcie Dariusza Dudzińskiego, podziemnego songwritera, który swoje płyty potajemnie nagrywa i wydaje od kilkunastu lat. Jest skrzyżowaniem legendarnego pierwszego wokalisty Pink Floyd Syda Barrettta z Wiesławem Michnikowskim. Teksty śmieszne do bólu i do bólu mądre.

Opublikowano !!! Przyzwoitość !!!, kto jest winien ich śmierci i czemu w Polsce tak śmierdzi, Najprzyjemniejsi | 1 komentarz

Najprzyjemniejsi – „Wzięli i zagrali” (2015).

image_opt

 

To dopiero robocza wersja okładki, dlatego się tak wstydliwie uchyla. Płyta ma być gotowa na koncert Najprzyjemniejszych w Sopocie 11 kwietnia. Jest mi bardzo miło, że w wydaniu płyty macza palce Wojtek Kozielski, którego pamiętam jeszcze od czasów fanzina „Antena Krzyku”, czyli gdzieś tak 1988/89.

Opublikowano !!! Przyzwoitość !!!, Najprzyjemniejsi | Dodaj komentarz

N A J P R Z Y Z W O I T S I

najpies

Program wieczoru:

PRZYZWOITOŚĆ (40 minut)

NAJPRZYJEMNIEJSI (60 minut)

JULIA I NIEPRZYJEMNI (15 minut)

Gram we wszystkich trzech zespołach.

Opublikowano !!! Przyzwoitość !!!, Najprzyjemniejsi | 5 Komentarzy

Gdyby każdy z autorów tego bloga wypalił jednego papierosa…

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2014 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

A San Francisco cable car holds 60 people. This blog was viewed about 1,400 times in 2014. If it were a cable car, it would take about 23 trips to carry that many people.

Click here to see the complete report.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

N A J P R Z Y J E M N I E J S I

"We are ugly, but we have the music" - L. Cohen

„We are ugly, but we have the music”                                          (L. Cohen)

12. grudnia 2014 w Elblągu zadebiutowało – założone pół roku wcześniej w tajemnicy przed wszystkimi – trio

Najprzyjemniejsi. 

Od lewej (od Państwa lewej, czyli od naszej prawej): Michał Wandzilak (klawisze i dużo innych poważnych instrumentów), moi (gitara, perkusja, odgłosy paszczą) i obrażony (w sensie że odniósł obrażenia) Marcin Świetlicki (odgłosy paszczą, kazoo). Z przygotowanych na występ trzech utworów zagraliśmy pięć.

Jest to  p i e r w s z y  zespół, do którego zostałem przyjęty jako gitarzysta, więc jestem przejęty. Pełnowymiarowy debiut odbędzie się w środę 4. lutego 2015 w Krakowie (lokal Piękny Pies). Prace nad repertuarem idą pełną parą, krzyżujcie kciuki.

Opublikowano Najprzyjemniejsi | 1 komentarz

„Być bezużytecznym” – polskojęzyczne media też już się obudziły.

Jacek Świąder, wyborcza.pl

Dudziński również na nowym albumie śpiewa, gra na gitarze, no i dokłada do tego elektroniczne rytmy. Trochę przetwarza, ale na pewno nie wygładza. Wysokoartystyczny twór, którym jest Przyzwoitość, odbiera się jako dekonstrukcję muzyki, popu i punka zarazem, jako przejaw totalnej wolności artystycznej. Warto się zatrzymać przy wielowarstwowych, ironicznych tekstach, wyróżniających Przyzwoitość nie tylko z dość nieruchawej sceny muzyki alternatywnej w Polsce, lecz także w ogóle z całej muzyki polskiej.

Opublikowano !!! Przyzwoitość !!!, recenzje | Dodaj komentarz